24.10 - poniedziałek - czwarty dzień rajdu

Dzisiaj skończyły się żarty, rozglądanie po okolicy i wstępowanie do Monte Carlo. Trzeba zdążyć na prom z Hiszpanii do Maroka. W tym rajdzie jest to dobrze i niedrogo pomyślane, bo do Afryki trzeba się dostać jak najszybciej, najprościej i najtaniej, a więc przez Cieśninę Gibraltarską.

   Zdążyć trzeba, a rano planujemy jeszcze szybkie zakupy – olej do silnika, bo jego konsumpcja coraz bardziej, wręcz niebezpiecznie rośnie.  Drugi zakup wynika z korekty naszych planów noclegowych. Wcześniej założyliśmy, że na pustyni ja śpię w samochodzie, co jest bardzo korzystne dla bezpieczeństwa auta i dobytku, a Marek w niewielkim namiocie. Ale Poloneza mamy załadowanego darami dokładnie po sam dach, więc spanie w aucie połączone jest wieczorem z wyjmowaniem dobytku (i gdzie to dać), a rano z upiornym układaniem, żeby jakoś weszło. Czasowo nierealne, więc decyzja o zakupie drugiego namiotu. Olej też kupujemy szybko. Polonez dzisiaj w dobrym nastroju w miarę  żwawo pomyka po coraz bardziej górzystej okolicy.

   Na prom w Algeciras koło Gibraltaru zdążamy z niewielkim zapasem. A jeszcze tracimy parę minut przez złe oznakowanie w porcie i perfekcyjną i absolutną nieznajomość angielskiego przez osoby sterujące ruchem przed kasą. Miła pani kasjerka z sensacyjnie dobrym angielskim pogania nas bardzo,  bo akurat jeden z promów odpływa za chwilę, a są jeszcze wolne miejsca. Z biletem pędzimy pod rozdziawioną paszczę promu. A tam cisza. Ustawiacze aut (ciekawa profesja) siedzą na słoneczku z jakąś perwersyjną błogością. Pochodzi do nas Polak też czekający na prom. To nowy konsul RP w Maroku, który jedzie tu… pierwszy raz, bo jutro zaczyna nową pracę przeniesiony ze zbombardowanego Kijowa. Bardzo sympatyczny pan, ale nie służy nam radą, lecz raczej nas wypytuje o marokańskie realia.

   Przez godzinę prom nie daje znaku życia. Czas odjazdu dawno minął. Wreszcie wpuszczają pojazdy. Nie za dużo, bo oprócz rajdu jesiennych turystów niewielu. Z górnego pokładu oglądamy stado kontenerowców w Cieśninie Gibraltarskiej. Miliony ton, głównie z Chin, zupełnie niepotrzebnych towarów. Będą z tego miliony ton śmieci.

   Na promie jest jeden marokański urzędnik paszportowy mający przyspieszyć odprawę na brzegu. Pieczątki ma, ale pracuje w sposób bezobjawowy, a po pięciu obsłużonych osobach w ogóle znika. Minutę przed dotarciem do Maroka jednak nagle wraca. Opóźnia wszystkim wyjazd z otwartego już promu o godzinę. Obłożony jest świetną szybką elektroniką, ale powolny afrykański styl życia zostaje w tych ludziach na zawsze. Z potwornym opóźnieniem, już w ciemnościach, kończymy europejską, a zaczynamy afrykańską część rajdu. Wielką radość sprawia nam nasz poczciwy Polonez – po niemiłych wybrykach na początku rajdu dzisiaj spisuje się bez zastrzeżeń. Na początku Afryki może to dobra wróżba.